tekst i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski © - text & photos

Część I -  Part one


Panama kojarzy się przeciętnemu Polakowi przede wszystkim z Kanałem Panamskim. Podczas mojej pierwszej wizyty w tym kraju oglądałem kanałowe śluzy i historyczne miasteczko - port Portobello. Ale mało kto wie, że kraj ten ma również małe i urokliwe wyspy. Od wielu lat myślałem o zobaczeniu grupy wysp Bocas del Toro, leżących na Morzu Karaibskim, tuż przy granicy Kostaryki. Możliwość odwiedzenia wysp powstała w 2017 roku, gdy przypłynąłem z Europy do Panamy tanim statkiem. Wysiadłem z niego w Colon. Okazało się, że droga na Bocas wiedzie zawsze przez stolicę kraju...

Aby uniknąć wielogodzinnej jazdy autobusem, a następnie promem (to ponad 600 kilometrów!) zdecydowałem się skorzystać z krajowego lotu niewielkim fokkerem 50 linii Air Panama. Dziś, w czasach zaawansowanego internetu bilet na ten lot można sobie kupić z dużym wyprzedzeniem na stronie linii lotniczej bez wychodzenia ze swojego mieszkania w Polsce.

Samolociki na Bocas latają nie z międzynarodowego lotniska Panamy, ale z niewielkiego portu Albrook, w centrum miasta, tuż przy wielkim centrum sklepowym i stacji autobusów o tej samej nazwie.

Kiedy zapytałem recepcjonistę mojego hoteliku w Panama City ile zapłacę za taksówkę na to lotnisko powiedział, że 1,50 dolara. Gdy zatrzymałem taxi, kierowca zażądał 3,50 - widocznie z daleka widać było, że jestem przyjezdnym. Ale zgodził się, gdy zaproponowałem mu 2 dolary.

Przy rejestracji bagażu w niewielkim terminalu lotniska wynikł kolejny problem: limit wagowy rejestrowanego bagażu to 14 kg, a mój plecak miał 15. Młody pracownik chciał abym dopłacił. Ale gdy zaproponowałem, że przełożę kilka ciężkich rzeczy do kieszeni skafandra machnął w końcu ręką. Samolot był mocno wyeksploatowany, z kiepsko działającą klimatyzacją, ale podczas 50-minutowego lotu podali nam paczkę chipsów i drinka. Schodziliśmy do lądowania niemal dotykając kołami wody...

   

Pieszo idziemy z samolotu do małego terminalu lotniska. Uśmiecham się na widok okazałego napisu "Aeropuerto Internacional". Bardzo długo czekamy na tym "międzynarodowym" lotnisku, aż dwóch robotników przyciągnie na ręcznym wózku nasz bagaż.  I co dalej?  Za 2 dolary można dojechać do centrum Bocas Town (tak nazywają stolicę archipelagu) taksówką, ale mój pensjonat "Dona Irma" jest blisko - wystarczy na zewnątrz terminalu skręcić w lewo do głównej ulicy, a potem zaraz za szkołą w prawo. Idę więc pieszo i bez trudu odnajduję otoczony kwitnącymi krzewami dom, gdzie parter zajmuje rodzina, a na piętrze jest kilka pokoików wynajmowanych przez booking.com:

   

   

Prowadzą mnie do czystego pokoju z wiatrakiem i łazienką w korytarzu, za który zapłacę 25 USD za noc. Goście mogą przesiadywać na ładnej werandzie na piętrze. Wkrótce jednak poznaję i wady tego taniego miejsca: od 18.00 na szkolnym boisku naprzeciwko ćwiczy orkiestra karaibskich bębniarzy, generując hałas trudny do zaakceptowania. A w dzień okaże się, że słońce w południe tak nagrzewa dach domku, że w moim pokoiku trudno jest wytrzymać, nawet przy włączonym non-stop wiatraku. Takie właśnie są uroki niskobudżetowego podróżowania!

 

W sieci jest tu tylko 110V - upływa pół godziny, zanim moja grzałka zagotuje kubek wody na herbatę. Z tylnego balkonu naszego pensjonatu mamy widok na sąsiednie domostwo, zamieszkiwane przez rodzinę z trójką dzieci. Popatrzcie na zdjęcie poniżej - to kawałek autentycznego życia po panamsku - zwykła, uboga rodzina żyje tu w niesłychanie prymitywnych warunkach:

   
   

Rano przekonuję się, że miasteczko jest niewielkie. Najlepszy osiągalny plan miasteczka umieściłem tutaj. Z mojej kwatery idzie się 10 minut do głównego placu czyli Parque, na którego środku stoi otoczony kilkoma starymi armatami budynek władzy czyli Municipalidad. Po drodze na ulicy biegnącej do lotniska spotykam patrol policjantów. Jadą na rowerach:

   
   

A to właśnie Municipalidad czyli siedziba władz archipelagu. Tworzy go 10 większych wysp, około 50 mniejszych wysepek i około 200 innych skrawków ziemi rzuconych w morze. Na całym archipelagu zamieszkuje zaledwie około 13 tysięcy ludzi. Archipelag jest częścią prowincji, w której większość ludności mieszka dziś na kontynencie. Ale nie zawsze tak było.  Pierwsze osady w tej peryferyjnej części powstawały na wyspach archipelagu. Bocas del Toro odkrył Krzysztof Kolumb w 1502 roku podczas swojej czwartej i ostatniej podróży do Ameryki. Był oczarowany wyspami do tego stopnia, że nadał im nazwy przypominające jego osobę. Największa wyspa grupy nazywa się Colon (Kolumb), inna - San Cristobal (Św. Krzysztof), jest tu też Zatoka Admirała - Bahia de Almirante... W miasteczku przeszłość przypomina kolonialna architektura:

   
   

Na zacienionym skwerze obok Municipalidad czyli w Parque przesiadują całymi dniami babcie sprzedające loteryjne losy. Po 5 dolarów...

Oficjalnie jednostką walutową Panamy jest balboa. Balboa jest powiązany jest na sztywno z dolarem USA. 1 balboa zawsze ma wartość 1 dolara. Praktycznie balboa nie ma w obiegu - płaci się wszędzie amerykańskimi dolarami i centami.

 

 

 

 

Życie w Bocas Town płynie niespiesznie. I ma to swój urok:

   
   

Z prawej strony skweru znajdziecie bardzo ważną dla trampa instytucję (na zdjęciu obok) To John's Bakery - piekarnia, w której o każdej porze dnia można kupić kilka gatunków świeżego chleba i bułek, ale także jakieś proste dania - np. zapiekanki. Ważne jest również, że w dobrze klimatyzowanym wnętrzu piekarni ustawione są stoły, przy których można usiąść (jak ja) z wielką bułką i butelką koki, jedząc uzupełnić notatki i zregenerować siły zanim przyjdzie znów maszerować w obezwładniającym, wilgotnym upale... :)

Ceny chleba i bułek u Johna możecie zobaczyć tutaj.

   

Najbardziej malowniczym fragmentem Bocas Town jest bez wątpienia waterfront: pokazana na zdjęciu powyżej zwarta linia knajpek, sklepów, hotelików, agencji, a nade wszystko przystani łodzi motorowych wożących turystów, tubylców i towary na kontynent i na wyspy archipelagu. Ten waterfront ciągnie się aż do przystani dużego promu. A po drodze do promu usadowiło się jeszcze kilka sklepików warzywno- owocowych i kramów z pamiątkami:

   
   
 

Sfotografowałem dla was ceny warzyw i owoców. Kalkulowane za libro czyli za funt (około pół kilograma) - znajdziecie je tutaj.  Mnie najbardziej kusiły dorodne papaje...

Wśród oferowanych pamiątek dominowały malunki na płótnie - przeważnie egzotyczne krajobrazy:

   

Tuż przy przystani promów w Bocas Town przycupnęły najlepsze hotele archipelagu. Nie są to wieżowce ze szkła i stali, ale niskie, tradycyjne budynki oferujące klimatyzowane, duże pokoje. O cenach nie będę pisać, bo przekraczają one możliwości budżetowego podróżnika...  :)

   
   

 

Ale w Bocas Town znajdziecie także noclegownie z przeciwnego bieguna - tanie hostele, takie jak na zdjęciu poniżej. Tu warunki są raczej prymitywne. Ale płaci się tylko 8 dolarów za łóżko w zbiorowej sali bez klimatyzacji, a 10 - w sali z klimatyzacją.

   
   

 

Do dyspozycji mieszkańców jest mała kuchenka i hamaki rozwieszone w lobby. Goście mogą wypożyczyć za dodatkową opłatą kajaki i rowery. Do takiej instytucji warto jednak przywieźć swoją własną moskitierę i repelenty. Nie mówiąc już o zatyczkach do uszu...

   

   
 

Jeśli ktoś chciałby mieszkać z daleka od hałasu i w stylu ECO to warto odnaleźć w gęstym, zapuszczonym ogrodzie przy Calle 8 "samoobsługowy" prymitywny pensjonat "Petra". Single room z wiatrakiem kosztuje tu 13+3 dolarów. Aby dostać klucz trzeba dzwonić do administratorki na numer umieszczony na drzwiach:

   

 

 

 

Mała gastronomia w Bocas Town jest mobilna. Na głównej ulicy prowadzącej od Municipalidad do przystani promu stoją codziennie stare wehikuły, z których sprzedaje się hamburgery, frytki i hotdogi.

   

   

W miasteczku jest nadspodziewanie dużo supermarketów. Tyle, że - jak widzicie poniżej - trochę odbiegają one swoją wielkością i wygładem od supermarketów Europy czy Północnej Ameryki. Ale na zaopatrzenie tych uniwersalnych placówek handlowych nie można narzekać. Z reguły gdzieś na froncie stoi w takim sklepie dobrze widoczny stojak z różnej wielkości butelkami rumu. Najwyraźniej jest to tutaj artykuł pierwszej potrzeby  :)  Przykładowe ceny z 2017 roku: Tuzin jaj 1,75, chleb 300g -1,25, banany - 0,20 za sztukę, puszka coli 1 dolar, litr rumu - 11.

   

   
 

Wędrując po miasteczku przypadkowo trafiłem na remizę straży pożarnej. Tutejsi strażacy (czyli bomberos) cieszyli się właśnie jak dzieci z otrzymanego nowiuśkiego quada:

   
   

Na wschód od Parque odnajduję najskromniejszą katedrę katolicką, którą widziałem w moim życiu - niestety jest zamknięta. Ale gdy przyjdę tu ponownie wieczorem okaże się po rozmowie z miejscowymi, że tu, daleko od gwarnego świata od 8 lat pracuje polski misjonarz - werbista, ksiądz Józef Gwóźdź. Dziwnym zbiegiem okoliczności jutro wyjeżdża stąd na stałe do Panama City. Mam zatem tego wieczoru ostatnią szansę, by go spotkać i porozmawiać. I udaje się!

 

 

Skromne wnętrze katedry w Bocas Town:

   
   

Przegadaliśmy z księdzem Józefem kilka godzin siedząc na werandzie misyjnego domu. To było bardzo mile spotkanie. Okazało się przy okazji, że mamy wspólnych znajomych w Polsce (wybitnego podróżnika rowerowego Piotra Strzeżysza) i na świecie (księdza Krzysztofa Kowala w Pietropawłowsku na Kamczatce)...

Trudno mi było uwierzyć: jedynego Polaka na trasie tej podróży spotkałem na rzadko odwiedzanych wyspach Bocas i to dziwnym zrządzeniem losu czy też Opatrzności w ostatnim dniu jego pobytu...

Parafianie na pożegnanie ksiedza przygotowali wielką uroczystość w ozdobionej specjalnym transparentem parafialnej sali:

   
   

Ksiądz Józef pojechał, a ja postanowiłem popłynąć na inne wyspy archipelagu (macie je na mapce poniżej). Nieco większą i chyba najlepszą osiągalną, lecz niezbyt dokładną mapkę Bocas del Toro znajdziecie tutaj.

Jak zwiedzać tę grupę wysp?  Nie jestem oczywiście dostatecznie zasobny, by wynająć dla siebie łódź (watertaxi), ale nie było takiej potrzeby, bo miejscowe, konkurujące ze sobą agencje oferują zbiorowe wycieczki w małych grupach.

   
   

Rano już o 9.30 zjawiłem się na przystani, by zapłacić 30 dolarów i wpisać się na listę pasażerów. Dobrze, że pamiętałem numer swojego paszportu, który został w hoteliku. Ciekawe, że łodzie wszystkich agencji wyruszają o tej samej porze (10.00) i wracają o 17.00.  I mają właściwie ten sam program.

 

Łódź agencji Gambit miała drewniane ławki, których twardość poczuliśmy, gdy tylko zaczęła podskakiwać na falach. W cenę wycieczki wliczona była mała butelka wody i jeden softdrink oraz wstęp do parku narodowego, do którego zaliczone są niektóre wyspy. Bezpłatnie mogliśmy także korzystać ze sprzętu do snorkelingu zmagazynowanego na łodzi.

 

 

Do jednej łodzi zabierają do dziesięciu osób. Rejs rozpoczął się od włożenia kamizelek ratunkowych - takie są przepisy, które - jak się przekonałem nie muszą być wcale respektowane, gdy tylko odpłynie się poza zasięg obserwacji policjantów z Bocas. . Potem, odpływając mogliśmy sfotografować malowniczy waterfront miasteczka:

   
   

Na początek popłynęliśmy obok wyspy San Cristobal do Zatoki Delfinów. Zatoka ma brzegi gęsto zarośnięte mangrowcami i ani jednej plaży. Ale to właśnie tu pokazują się butelkonose delfiny. Nam ukazał się tylko jeden, wyskakując kilkakrotnie nad wodę. Bardzo trudno fotografować te zwierzęta, bo nie sposób przewidzieć, gdzie się akurat wynurzy:

   

   

Pożegnawszy delfina-samotnika popłynęliśmy do restauracji zbudowanej na palach na krańcu wysepki Cayo Bastimento. Tu zainteresowani wysiadają na 10 minut złożyć zamówienie  na lunch, który będzie jedzony w drodze powrotnej (koszt posiłku to około 10 dolarów).

   

   

 

Gdy amatorzy lunchu wrócili na łódź ruszyliśmy w kierunku widocznych na wschodzie dwóch odosobnionych wysepek. To Cayos Zapatillos, czyli Buciki. Wszystkie łodzie z turystami podpływają do większego Bucika, na którego całym obwodzie są białe plaże, a w środku -  nieprzebyta dżungla.

   
   

Choć to teren parku narodowego (zapłaciliśmy wszak po 10 dolarów za wstęp do parku) to nie ma tu żadnego pomostu - wyskakuje się z łodzi po prostu do płytkiej wody. Nie ma też żadnej informacji, ani toalet - jak trzeba, to idzie się "w krzaki". Nasz sternik zapowiada: -Za 2 godziny zabiorę was z tego miejsca - i odpływa...

Ruszam pieszo wokół wyspy, nie wiedząc jeszcze, że z przerwami na zdjęcia zatoczenie kręgu zabierze mi prawie 2 godziny. Okazuje się jednak, że marsz plażą nie jest wcale taki łatwy:

   
   

 

Południowo-wschodnia część wysepki jest na pewno najpiękniejsza i... najdziksza. Tylko iść trudno, bo trzeba albo brodzić w wodzie, miejscami głębokiej po uda, albo przedzierać się brzegiem przez powalone palmy i wyschnięte krzaki. Na zdjęciu poniżej widać w dali drugi, mniejszy Cayo Zapatillo - Bucik.

 

   
 

Mało kto z kilku łodzi, które przywiozły turystów decyduje się na wędrówkę tym półdzikim wybrzeżem. Dla mnie to dodatkowa zaleta tego spaceru. Widoki, które otwierają się na trasie zupełnie inaczej odbiera się z daleka od rozgadanego tłumu:

   
   
 

Niestety na brzegu nie ma żadnych muszelek - może moi poprzednicy wyzbierali je na pamiątkę? Na wąskiej plaży leżą tu za to liczne powalone drzewa, a na nich plenią się malownicze pasożyty. Jak tu nie zrobić jeszcze jednego zdjęcia?

   

   

 

Za wschodnim przylądkiem, po północnej stronie wyspy jest już łatwiej maszerować, ale plaża jest jeszcze węższa, a w wodzie z piachu wystają ostre, koralowe skałki. Widać je na zdjęciu poniżej. Trzeba uważać, bo gdyby doszło do rozcięcia nogi, to później ranka tu w tropiku goi się znacznie dłużej niż w Europie...

   

 

 

  Jedyne okazy fauny, które widziałem maszerując dookoła Bucika to dwa czarne pelikany. Przyznaję, że wcześniej widywałem tylko białe i szare. No, to trzeba je było uwiecznić:
   

   
 

Im bliżej byłem zachodniego cypla, tym więcej spotykałem turystów. A sam zachodni cypel okazał się być rozległą piaszczystą lachą, pozbawioną nawet krzaków:

   
   

 

Z niepokojem spoglądałem na zegarek. Jeszcze 10 minut i już pora była gramolić się do czekającej łodzi. Zaraz potem popłynęliśmy do obszaru wyznaczonego do snorkelingu naprzeciw wyspy Bastimento. Chętni korzystając z udostępnionych masek i snorkeli przez 45 min mogą podziwiać tu podwodny świat. Do wody schodzi się z łodzi po drabince, bo morze ma tu do 5 metrów głębokości. Są korale i ławice barwnych ryb. Ale aby zobaczyć kolorowe ryby wcale nie trzeba nurkować. Wystarczy wrzucić do wody jakieś okruchy chleba, a od razu pojawiają się pasiaste i niebieski rybki, i to w jakiej ilości:

   
   
 

Zaraz potem syci podwodnych wrażeń turyści wysiadają na pomoście i maszerują do pawilonów na palach pałaszować zamówiony wcześniej lunch. Ci zaś, którzy (jak ja) przywieźli ze sobą kanapki zjadają je na ławkach, a potem wykorzystują czas na zwiedzanie...

   

   

 

Daleko w interior nie da się dojść, bo wszędzie wokół podmokłe mangrowe zarośla. Ale nawet na samym brzegu są tu atrakcje. Na przykład dwie wielkie, kolorowe papugi sprzeczające się ze sobą. Świetny temat do zdjęć, tyle, że siedzą dość wysoko na palmie. Próbowałem z różnych stron... W końcu wyszło takie oto zdjęcie...

 

 

Obie restauracyjki usadowiły się na brzegu wyspy Bastimentos. I mimo, ze postój tutaj jest krótki i wstęp do interioru niemożliwy, to warto docenić urodę tego zakątka: 

   
   

 

Z ciekawostek odnotowałem porzucone na brzegu dwie autentyczne łodzie - dłubanki, W dobie metalowych i plastykowych kadłubów jest to wielka rzadkość - taka łódż wykonana z jednego pnia drzewa. Staranność wykonania tego konkretnego egzemplarza dowodzi, że wykonawcy korzystali ze współczesnych narzędzi. Kiedyś widziałem, jak na wybrzeżu Afryki Zachodniej robiono taką łódź używając jedynie niewielkich toporków...

 

 

 

 

Po obiedzie nasz sternik wiezie nas przez mangrowy labirynt do sobie tylko znanej wysepki, gdzie w koronach drzew śpią szare leniwce. To ma być kolejna atrakcja naszej całodziennej wycieczki. Łódź wbija się dziobem w nabrzeżne krzaki. Gdzie te zwierzaki? Śpią zwinięte w szarą kulę wysoko na gałęziach. Nie jest łatwo je dostrzec, a tym bardziej sfotografować:

   
   

Postanowiłem mimo wszystko pokazać tu takiego leniwca sfotografowanego na plakacie...

 

 

 

 

 

 

Kolejny etap naszej wycieczki to płycizna zwana Hollywood, gdzie z pokładu lodzi (nie wolno wysiadać) oglądamy rozgwiazdy (starfish) różnego koloru i kształtu oraz morskie ogórki... Szkoda tylko, że płaszczyzna wody taka pomarszczona - lepiej by było je obserwować przez przeszklone dno łodzi, ale takich jednostek tu zdaje się nie ma.

   

   
 

I to już prawie koniec programu. W drodze powrotnej przepływamy obok stylizowanej na latarnię morską restauracji na małej, zabudowanej wysepce Carenero naprzeciw Bocas Town. Tam też można sie zatrzymać, ale trzeba płacić za każdorazowy przejazd łodzią do "stolicy":

   
 

Dochodzi 17, gdy cumujemy w przystani w Bocas Town. Dwadzieścia minut później z ulgą wchodzę pod prysznic w moim pensjonacie, zmywając wreszcie z ciała pokłady soli - po drodze nie było gdzie to zrobić - infrastruktura jest tu wciąż bardzo skromna...

 

 

 

Kolejnego dnia zwiedzałem - już na własną rękę wyspę Colon. Ale o tym przeczytacie w drugiej części relacji.

 

 

 

Powrót do głównej strony o wyspach świata

Przejście do drugiej części relacji z Bocas del Toro

 

Przejście do strony "Kraje i krajobrazy świata"

Powrót do głównego katalogu                                                             Przejście do strony "Moje podróże"